| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi
Muzyka bez granic - w audycjach Polskiego Radia i nie tylko
Kategorie: Wszystkie | Audycje | Informacje | Podsumowania | Recenzje
RSS

Recenzje

sobota, 28 kwietnia 2007



Zapomnijcie o Arcade Fire. Zapomnijcie o Broken Social Scene. A, niech mnie, zapomnijcie nawet o Do Make Say Think (no, powiedzmy, że tylko na chwilę). No i - zaryzykuję reputacją - na moment możecie nawet zapomnieć o grupie Godspeed You! Black Emperor. Możecie zresztą to zrobić z czystym sumieniem, bo na tej płycie znajdziecie muzyków tej ostatniej formacji, a także ludzi ze Stars i The Dears. Poza tym za The Besnard Lakes - kolejną rockową grupą z Montrealu - ukrywa się przede wszystkim małżeństwo: Jace Lasek i Olga Goreas. On gra, śpiewa i produkuje (zaczynał jako realizator dźwięku dla połowy nowej kanadyjskiej sceny rockowej), ona śpiewa i gra na basie, oboje piszą piosenki. Ich muzyka to nowa psychodelia utopona w kapitalnych harmoniach wokalnych z charakterystycznymi pogłosami i ścianach dźwięku gitar. Pod tym wszystkim gdzieś beatlesowskie i beachboysowe motywy, piękne modulacje, chwilami trochę surowości w stylu Spacemen 3 i wczesnego Spiritualized.
Zapomnijcie na chwilę o ocenach na Pitchforkach i podobnych. TBL nie są zespołem, z którego łatwo będzie wylansować gwiazdy, bo format piosenek (długie!) nie ten, ich hitowość z pozoru mało oczywista, za mało kolorowej otoczki. Ale posłuchajcie tego, a jeśli lubicie psychodeliczne brzmienia rockowe, długo nie posłuchacie niczego innego. Kiedy próbuję, za każdym razem kończę słuchając TBL. I biorę odpowiedzialność za każdą z powyższych gwiazdek z osobna. Dla bardziej zaintrygowanych brzmieniem TBL jest jeszcze trudna, ale możliwa do zdobycia (właśnie ją wznowiono) pierwsza płyta - "Vol. 1" (Earworm Records). Też warta zachodu. Jak dla mnie na razie jedno z odkryć tego roku. A już na pewno tegoroczny... czarny koń. (Ch)

Album na świecie od 12 lutego. Powinien być także w polskich sklepach (dystrybucja Isound/Sony BMG). TBL na żywo w berlińskiej sali Lido 30.05. Fragmenty pierwszej płyty: http://thebesnardlakes.com/before.html. Fragmenty obu - w Programie Alternatywnym 1.05 w Trójce.

niedziela, 31 grudnia 2006



Spośród licznych pod koniec starego roku premier z Rune niewiele było płyt na miarę produkcji tej wytwórni sprzed kilku lat. Pisaliśmy tu już o Humcrush, być może znajdzie się chwila na opisanie nowych wydawnictw In The Country i Susanny, natomiast zdecydowanie odradzałbym sięganie po rockowy projekt The White Birch, którego płytę „Come Up For Air” kupiłem i do tej pory nie byłem w stanie przesłuchać w całości. Na osłodę pozostaje mi Huntsville. Tu jest co najmniej oryginalny pomysł – bardzo nerwowe, zapętlone sekwencje rytmiczne przypominają hinduskie ragi przyspieszone do tempa cywilizacji zachodu. Oczywiście, kompozytorzy Reich i Adams się kłaniają, ale porównania nie są oczywiste, a inspiracje – przetworzone. Do zagęszczonych pętli dochodzą bowiem głębokie drony grane przez wiolonczelę, kontrabas, czy wnoszące powietrze w tę klaustrofobiczną przestrzeń partie akustycznej gitary. Ogólnie budzi to wrażenie monotonii pędzącego pociągu na tle swobodnych partii instrumentów akustycznych, czasem jakiejś nowej muzyki folk (są tu nagle brzmienia country!) w drżącym od werbli nagraniu „Add A Key Of Humanity”. Album to dzieło trójki norweskich muzyków – Ivara Grydelanda, Tonny’ego Kluftena i Ingara Zacha, którzy spotkali się już wcześniej w improwizującej grupie No Spaghetti Edition. Warto posłuchać, a jeśli ktoś lubi Rune, to posłuchać musi. Nawet jeśli nie pochodzi z tytułowej "klasy średniej".




Reedycja kompletnie zapomnianego, ale kapitalnego albumu ze sceny Chicago. Oryginalnie wyszedł w 1992 roku, krótko po słynnym „Spiderland” grupy Slint, i choć to pozycja stylistycznie odmienna, to jednak równie przełomowa. Cul De Sac łączyli już wtedy (a działają do dziś) elementy krautrocka, nowej fali (partie wokalne), muzyki ludowej (brzmienia hinduskie) i psychodelii z dość oszczędnym, monotonnym graniem nastawionym na efekt brzmieniowy, już na modłę postrockową (choć o post-rocku nikt jeszcze nie myślał). Współpracowali z Johnem Faheyem, doceniani byli w środowisku muzycznym, ale nie przez publiczność. A przecież takie utwory jak „Homunculus” nie zestarzały się nawet o rok od tamtej pory, wciąż wrażenie robią eksperymenty z taśmami Phila Minsteina, ciekawie wypadają bardzo autorskie, oryginalne interpretacje „Song To The Siren” Tima Buckleya (utwór znany też z wersji This Mortal Coil) i „The Portland Cement Factory at Monolith, California” Faheya (zwraca uwagę na inspiracje, jakie cała scena Chicago musiała czerpać z twórczości tego gitarzysty). Niniejsze wydanie wzbogacają – w stosunku do pierwotnej wersji wydanej przez Northwest – trzy bonusowe nagrania. A wszystko ma taką siłę oddziaływania, że gdyby to był nowy album wydany w tej chwili jako debiut, z pewnością Cul De Sac byliby jednym z odkryć sezonu. Choć i bez tego mogą być odkryciem – tyle że nadrabianym po latach.

środa, 20 grudnia 2006



Obiecałem sobie w zasadzie, że już nie wrócę do tej płyty, po tym, jak miesiąc temu ufnie zainwestowałem w nią pieniądze, a ta okazała się tylko powtórką z „Kosmischer Pitch”, też już niezbyt ciekawej na tle kapitalnych wcześniejszych dokonań Jelinka. No ale trzeba opisać i coś słabszego dla porównania. Oto mamy więc znów – jak na „Kosmischer...” – ciepłe brzmienia lat 70. i pętle nagrywane na prawdziwych instrumentach, chrome, niepełne, ale wciąż jakieś uderzająco przewidywalne. Najciekawiej jest, gdy w trzecim utworze pojawiają się syntezatorowe dźwięki rodem ze studiów eksperymentalnych z lat 60., no ale te przecież znamy już ze studiów eksperymentalnych z lat 60., prawda? Nowością miały tu być zwierzęce klimaty sygnalizowane tytułem. Ale ja z tytułowych "obserwacji zwierząt" wolę już prawdę mówiąc leśne opowieści Michała Sumińskiego.
Aha, w Polsce jest, ale czy warta tych 67 zł (Merlin.pl)? Tu miałbym wątpliwości, panie Jelonek, przepraszam – Jelinek.

wtorek, 19 grudnia 2006



Nie mylić z Niemcem Heckerem nagrywającym dla Mego (dla przyjaciół Florian) ani z berlińskim songwriterem Maximilianem Heckerem. Ten Hecker pracuje w Montrealu, wyszedł z techno i, jak to bywa, dotarł w rejony znacznie trudniejszej do sklasyfikowania muzyki elektronicznej tworzonej za pomocą laptopa. To, co robi, paradoksalnie przypomina pod względem emocji twórców z Constellation (z Godspeed You! Black Emperor nawet koncertował). Emocji – czyli nie ma to nic wspólnego z odhumanizowanym mainstreamem muzyki elektronicznej. Rzecz pozbawiona jest tkanki perkusyjnej, składa się z plam dźwiękowych, narastających akordów bądź partii różnych instrumentów przetworzonych do granicy rozpoznawalności. Z muzyką ambient, poza pierwszymi skojarzeniami, nie ma to wiele wspólnego. To krajobrazy dźwiękowe, czyli soundscapes jak kto woli. Ale nie bezosobowe, kliniczne. To zarazem nośniki wspomnianych już emocji. Bywają wzruszające jak dźwięk starej płyty winylowej albo utwór akustyczny. Bywają przerażające siłą elektronicznego dronu. A wreszcie – przesterowane do granic wytrzymałości, ale nigdy kosztem nastroju. Bywa, że wprawiają w trans, jak gdyby miały własności psychoakustyczne – ale tu czuć po prostu staranne wykształcenie, jakie w dziedzinie modelowania komputerowego dźwięku odebrał autor. Do katalogu Kranky pasuje to wszystko w każdym razie jak znalazł, choć przecież wcześniej Hecker zdążył zaliczyć współpracę z Mille Plateaux, Alien8, Fat Cat i Staalplaatem.
Jak dla mnie – jedna z elektronicznych płyt roku, obok Leafcuttera Johna i Lindströma. To fakt, nie znajdziecie tym razem u Tima Heckera niczego nowatorskiego, za to przyciąga, walczy o uwagę słuchacza i nie pozwala o sobie zapomnieć jeszcze kilka chwil po wybrzmieniu – coś jak ślepe kino
Na świecie płyta wyszła w październiku, u nas ciągle nie ma, ale czy kogoś to jeszcze dziwi? Jakby co, pytać trzeba w okolicach Vivo.pl.




Niezwykły album pokazujący, jak wielka potęga kryje się wciąż w anachronicznej zdawałoby się formule solowych utworów na pojedynczy akustyczny instrument. W tym wypadku – gitarę. Sześcio- lub dwunastostrunową. Na tych bowiem ten 53-letni folkowiec mieszkający w Berlinie wykonuje własne kompozycje – chwilami dynamiczne opowieści konstruowane precyzyjnie, od lekkich flażoletów po mocne akordy (świetny „Woodland Orchestra”), a chwilami statyczne ragi na hinduską modłę, hipnotyzujące rytmiką, ale jednocześnie urzekające brzmieniowym bogactwem („Late Summer Morning”). U Basho-Junghansa oprócz niemożliwego do zapamiętania nazwiska imponuje granie skomplikowanych utworów na żywo, bez powtórek, bez nakładek, pełna koncentracja, która w wypadku utworu tytułowego (ponad 22 minuty) osiąga kosmiczny wymiar.
Jego wzorem są tu z pewnością artyści nagrywający dla oficyny Takoma, a bardziej precyzyjnie – John Fahey. Ale spokojnie wyobrażam sobie Basho-Junghansa grającego na przykład z takimi neofolkowcami jak Espers czy Vetiver. Tyle że w tym wypadku daleko upadło jabłko od jabłoni, bo to dla Amerykanów muzyk z dalekiego kraju, a w dodatku odległy od kolegów Devendry Banharta pokoleniowo. Choć przecież wydawany przez amerykańską wytwórnię – Strange Attractors Audio House z Portland. W sumie poszedłbym o zakład, że w kraju, gdzie nie sposób nabyć płyty Faheya, Basho-Junghans będzie tym bardziej nie do dostania. Tymczasem – niespodzianka. Album sprowadza do Polski sklep internetowy Psychodelicje. Adres w naszym menu po lewej stronie, gdyby ktoś nie zauważył.

sobota, 28 października 2006



Bardzo mocne. Bardzo, bardzo ponure. Bardzo, bardzo, bardzo sugestywne. Bardziej konkretne niż SunnO))), za to mniej konkretne niż Boris. Oparte w większości nie na melodyjnych riffach, ale na bardzo mrocznych gitarowych dronach. Co w sumie nie dziwi, jeśli będziemy pamiętać, że to wspólny projekt dwóch niezwykle dołujących formacji – z USA i Japonii – które czerpią odpowiednio z metalu i hardcore’u. Muzycy pracowali razem, wzajemnie się inspirując, a nie – jak inni – poprzestali na zrealizowaniu płyty „split”, czyli wymieszaniu utworów jednych i drugich. Powstała więc nowa jakość, w której doommetalowa muzyka SunnO))) nie straciła swojej ciężkiej otoczki, ale w połączeniu z energią Borisa zrobił się z niej „doom doom metal” z małymi wycieczkami w stronę rockowej melancholii a la The Gathering choćby w „The Sinking Belle (Blue Sheep)”. Dla pasjonatów takich brzmień płyta nie do ominięcia. Dla wszystkich innych – niebezpieczny dla zdrowia psychicznego, ale wciąż ciekawy poznawczo album, miejscami bardziej przystępny niż to, co każda z tych grup robi na co dzień. (BACH)




Kolejna spóźniona premiera, ale warto o niej wspomnieć, bo katalog norweskiej Rune Grammofon trudno w Polsce uzupełniać na bieżąco. Świetny perkusista Thomas Stronen (na co dzień grający także w Food) i keyboardzista Stale Storlokken (znany także z formacji Supersilent). Ich duet znamy już z jednego niezłego albumu w barwach Rune (tamten zatytułowany był „Humcrush” – tutaj ten tytuł zamienił się w nazwę projektu). Muzycznie jest tu podobnie. Bardzo zagęszczona, pulsująca tkanka rytmiczna, punktujący, ciepły bas z syntezatora występujący również w roli ważnego nośnika melodii, etniczne melodie pozostałych partii, dużo przedziwnych samplowanych instrumentów perkusyjnych i sporo wpływów Milesa Davisa z okresu „Bitches Brew”, ale przetworzonych przez brzmieniową rzeczywistość ery laptopów. „Hornswoggle” kipi funkową energią, ale dziwnie trzymaną w ryzach dynamicznie – trzeba usłyszeć sposób gry i rodzaj zrozumienia między oboma muzykami, bo w innym wypadku trudno to sobie wyobrazić. Pozycja gdzieś z głównego nurtu wydawanych przez Rune płyt, bardzo charakterystyczna dla wytwórni. (BACH)
Tu można posłuchać fragmentów:
http://www.thomasstronen.com/




Spóźniona lipcowa premiera, ale w tym miesiącu graliśmy to w Dwójce, więc warto pozostawić parę słów. Australijskie trio jazzowe znane ze współpracy z Janem Jelinkiem ostatecznie uwolniło się od cienia tamtej współpracy na drugim własnym albumie. Tu mamy zdecydowanie mniej elektroniki i sampli niż na „Moment Returns”, aczkolwiek upodobanie do „elektronicznego” grania jazzu zostało i jest słyszalne szczególnie w partiach rytmicznych („Intensives Leben”). Poza tym słychać nowe inspiracje: Skandynawowie i ECM. Słychać, że Australijczycy dużo czasu spędzili ostatnio w Europie. Perkusista Laurence Pike gra pewniej po współpracy z projektem Flanger, a Adrians Klumpess coraz mocniej ciągnie w kierunku nowej jazzowej pianistyki (Mehldau, Możdżer) i dużo pracuje nad dźwiękiem instrumentu („Lazyboat”). Efektem jednego i drugiego jest jego pierwsza solowa płyta – o tej w HCH niebawem. W sumie – kolejne udane i bardzo ładne wydawnictwo Triosk, choć trochę zachowawcze i gdybym już miał wybierać, wziąłbym dalej pierwszy album albo płytę z Jelinkiem. (BACH)
Tu można posłuchać fragmentów:
http://www.myspace.com/triosk




Najlepsze z tej sesji niby już usłyszeliśmy na znakomitym albumie Davida Sylviana „Blemish”, gdzie ekswokalista Japan postawił przed sobą w kilku fragmentach trudne zadanie śpiewania do improwizacji Dereka Bailey. Tam wyszło to świetnie, a wokale wydobyły to, co najbardziej atrakcyjne z pasaży Baileya. W zasadzie słowo „pasaży”, ani nawet „partii”, ani tym bardziej „motywów” się tu nijak ma do rzeczywistości, bo Bailey jako improwizator ucieka nam, gdy tylko wydaje się, że już go przyłapaliśmy na czymś, czego dalszy ciąg da się przewidzieć. Tu nie ma dalszych ciągów, jest tylko teraz, a następnego kroku nie sposób sobie wyobrazić, więc i wydobyć z tego jakiekolwiek stylistyczne klucze ciężko. Owszem, mówi się przy okazji tych sesji o wpływie flamenco na sposób gry Baileya – i ten akurat jest stosunkowo łatwy do przewidzenia zważywszy na miejsce, gdzie gitarzysta mieszkał przez ostatnie lata swojego życia, czyli Barcelonę. Ale wobec braku innych punktów umożliwiających osadzenie tej wolnej improwizacji na gitarę akustyczną bądź elektryczną w układzie muzycznych współrzędnych, mogę tylko powiedzieć jedno: to bardzo ładnie nagrana ostatnia z sesji zarejestrowanych jeszcze przed chorobą, zespołem cieśni nadgarstka, na który zapadł. Strzępki zdań wypowiadanych przez angielskiego muzyka w czasie sesji to już głos z innego świata.
Aha, w Polsce chwilowo płyta nie do dostania. Trzeba importować. (BACH)
Posłuchać fragmentu można tu:

http://www.myspace.com/samadhisound

niedziela, 01 października 2006

Po raz kolejny prezentuję zestaw najciekawszych premier miesiąca. W tym miesiącu to zestawienie dość dużego formatu albumów, a zarazem zebrali się tu dość znani wykonawcy. No i jest dwunastka zamiast dziesiątki.
Ale sezon w pełni. Będzie więc po trochu, ale za to o wszystkim. Z nowości – pozwoliłem sobie oceniać albumy w prostej skali, którą wyjaśniamy w belce po lewej. Paru rzeczy zabrakło – nowa Susanna & Magical Orchestra w drodze, podobnie Mouse On Mars (pierwsze dla Ipecaca), Pelt nie dość przesłuchane, będą za miesiąc. Oneida (wreszcie Jagjaguwar – w dystrybucji Sonica) i Wibutee się nie załapały. Pozdrawiam i liczę na opinie, rzecz jasna – BCH




Bonnie ‘Prince’ Billy „The Letting Go” (Domino/Isound) *****

Może takiego artysty nie powinno się oceniać po singlach, ale w tym wypadku już piosenka „Cursed Sleep” wróżyła znakomicie, a zarazem – inaczej. Ta płyta to największa wolta stylistyczna Willa Oldhama od lat. To po pierwsze sprawka islandzkiego producenta płyty Valgeira Sigurdssona (ten od Bjork) i jego zamiłowania do smyczkowych aranży. Po drugie – wokalistki Dawn McCarthy, która towarzyszy Bonniemu jako drugi głos. Daje to wrażenie dziwne, odziera Oldhama z surowości, odbiera mu w dużej mierze prosty, countrowy sznyt. No ale coś za coś. Mamy z kolei wspaniałe nawiązania do tradycji brytyjskiego folku. Płyta jest niezwykle równa i nie wiem, co na ten temat powie redaktor H, ale moim zdaniem to pod każdym względem jeden z najlepszych albumów w dyskografii BPB.




The Whitest Boy Alive „Dreams” (Bubbles/Sonic) ***, momentami ****

Coś pomiędzy The Cure a New Order. Lub – jeśli używać stosownych norweskich porównań – między Royksopp a Kings Of Convenience. Wokalista Erlend Oye z tej ostatniej grupy założył tę grupę wspólnie z polskim didżejem mieszkającym w Niemczech, Marcinem Oezem i jeszcze dwoma muzykami. Po to najwyraźniej, by w swój romantyczny sposób nawiązać do mody na tanecznego rocka z lat 80. Świetny kierunek realizowany ze stylem (warto zwrócić uwagę na to, że to żywi muzycy i jak nierówno grają ten dyskotekowy, nowofalowy beat chwilami – tak ma być!), warto posłuchać, ale wybitny album to to nie jest, wbrew zapewnieniom znanych muzyków w znanych tytułach prasowych.




Tortoise „A Lazurus Taxon” (3CD, Thrill Jockey/Isound) *****

Nie ma się co rozwodzić. Czteropłytowy (3cd + dvd) box to piękna rzecz dla wszystkich fanów chicagowskiej formacji. Co prawda zawiera materiał po trosze dostępny na płycie z remiksami, na albumach kompilacyjnych, ale konia z rzędem temu, kto te wszystkie rarytasy już ma. Jakoś materiału udowadnia, że w pewnym momencie (ostatnio trochę zaczęło pod tym względem siadać) Tortoise nie miał sobie równych na postrockowej scenie. A wszystko – tak dla rymu – w smacznej cenie (w USA kosztuje średnio 18-19 dolarów). Opisuję na podstawie jednopłytowej wersji promo, ale całość już leci ze Stanów i chętnie podzielę się wrażeniami co do plastycznej strony wydawnictwa.




Joan As Police Woman „Real Life” (PIAS/Isound) ****

Koleżanka Antony’ego – w tych czasach to już starcza za dobrą rekomendację. To prawie biały soul, muzyka, która może nie zadowolić sympatyków nowych dzikich Amerykanów ze sceny folkowej, ale ma parę atutów, z wokalnymi na czele. Wolne tempa, tradycyjne aranże, śladów awangardy. Dla lepszych momentów typu „Eternal Flame” i „We Don’t Own It” warto jednak tę płytę mieć. Aha, Antoni śpiewa w utworze numer 5, „I Defy”, i jeśli kogoś z jego fanów nie przekona cała reszta, to ten zapewne przekona. Mogą wtedy traktować płytę jak singel.




Różni wykonawcy „Leonard Cohen: I’m Your Man” (Verve) ****

Głupio by to było pominąć, zakładając, że ot, kolejny tribute dla mistrza. Bo to nie są zupełnie zwyczajne, kolejne wykonania piosenek Cohena. Wykonawcy, których zebrano na kręcenie filmu dokumentalnego w czasie australijskiego koncertu w hołdzie Cohenowi, to bowiem między innymi Nick Cave, Martha i Rufus Wainwrightowie, Antony, Beth Orton i Jarvis Cocker. Że Antony świetny, to nie nowina (jest w tym miesiącu jeszcze na jednej płycie, o czym dalej). Ale Wainwright przechodzi tu samego siebie – doskonałe „Everybody Knows” i „Chelsea Hotel No 2”.




James Yorkston „The Year Of The Leopard” (Domino/Isound) ****

Kolejny album bardzo osobnego, szkockiego folkowca pogrążonego w północnej melancholii niczym PiS w walce z układem. Produkcję Rustin Mana (znamy go ze wspólnej płyty z Beth Gibbons) słychać dobrze, choć subtelna. W ogóle tego typu pisanie piosenek, opierających się na subtelnościach i pozbawionych łatwego błysku, powoduje, że dramatycznie łatwo nad albumem Yorkstona przejść do porządku dziennego, nawet przesłuchawszy go dwa czy trzy razy. Ale przy dokładniejszym słuchaniu, najlepiej na wyrywki, okazuje się, że są tu kapitalne momenty. Bardzo radiowa płyta ze względu na takie wysupływanie smaczków. Gdyby HCH w Bisie wciąż istniało, gralibyśmy jak nic. Chlip.




Junior Boys „So This Is Goodbye” (Domino/Isound) ****

Świetnie nagrana, ujmująca wersja tanecznego new romantic na nowe czasy. Nie każdemu się spodoba, ale posłuchać trzeba. Chwilami wprawdzie Jeremy Greenspan i Johnny Dark, założyciele tej grupy z Kanady, mają chwilami wtórne i mniej chwytliwe pomysły na same piosenki, niż to bywało w latach 80., do których piją, ale jako producenci sprawdzają się bez zarzutu. Mirwais mógłby im buty wiązać. Nie zdziwię się, jeśli Madonna zwróci się do nich przy najbliższej sposobności. Nagrywający dla Domino Records Junior Boys mają przed sobą dużą karierę, kto wie, czy nie na miarę Frantza Ferdinanda. Tu trendy portalom muzycznym można zaufać przynajmniej na tyle, żeby to poznać. Dobre do słuchania w windzie, w samochodzie, w biegu, na koniu, pod koniem i tak dalej...




Jens Lekman „Oh, You’re So Silent, Jens” (Secretly Canadian/Isound) *****, a może nawet ******

Oczywiście to tylko polska premiera, album znany od prawie roku na świecie, więc trudno będzie go wybierać płytą roku, trudno też go porównywać z innymi premierami miesiąca, bo płyta alternatywno-popowego Szweda zdążyła już przez długie miesiące w odtwarzaczach tym, którzy ją mieli, udowodnić swoją ponadczasowość. I jeśli już brzmi jak zestaw singli (bo w takiej formule Lekman wydaje swoje długogrające płyty – jako zestawy piosenek publikowanych na singlach), to nie jak zestaw mało jeszcze znanego szwedzkiego artysty, ale jakiegoś wybitnego songwritera po wieloletniej karierze.




The Jamie Saft Trio „Trouble: The Jamie Saft Trio Plays Bob Dylan” (Tzadik/Multikulti) *****

Mocne, klarowne, choć głównie instrumentalne wersje utworów Dylana odegrane przez zespół innego amerykańskiego Żyda – pianisty Jamiego Safta. Czyli wariackie, ale koszerne. Fortepian i organy Hammonda plus goście w dwóch utworach. Z czego „Ballad Of A Thin Man” to najlepszy w tym sezonie utwór, w którym maczał palce Mike Patton. Antony w jest dobry jak zwykle w „Living The Blues”, choć zapewniam, takiego, brzmiącego jak ze starej bluesowej płyty i zapominającego na moment o stylistyce własnych płyt go jeszcze nie słyszeliście! Koniecznie!




Charlotte Gainsbourg „5:55” (Because/Warner) ***

Klimatem ta druga (!) płyta w dorobku córki nieodżałowanego Serge’a przypomina album z muzyką do „The Virgin Suicides”. Nic dziwnego – za muzykę odpowiedzialni są muzycy Air. Teksty napisali Jarvis Cocker (Pulp) i Neil Hannon (Divine Comedy), do tego słynny Tony Allen gra na perkusji, a produkował Nigel Godrich, więc mamy do czynienia z prawdziwą współczesną superprodukcją. I fakt, to płyta ładna, ale do super jej daleko. Komu się za to powinno dostać? Oczywiście, głównej bohaterce. Mruczy i seksownie szepcze, ale śpiewać nie potrafi. W zasadzie mógłby ją na tej płycie zastąpić ktokolwiek. W większości przypadków z pozytywnym skutkiem. Największy pewniak może okazać się przeciętną płytą, jak z tego widać.




Grizzly Bear „Yellow House” (Warp/Sonic) ***

Podobno z wykształcenia są jazzmanami, ale gust mają jak na adeptów jazzu specyficzny – płyty Roberta Wyatta mają przesłuchane w całości i na wyrywki, Syda Barretta na pewno uwielbiają. No i lubią wokalne kaskady Beach Boys. Ba, w epickich konstrukcjach ich utworów – nagranych o dziwo dla elektronicznego (kiedyś) Warpa – słychać nawet i brytyjskiego prog-rocka. Znam się trochę na tym ;-) i muszę powiedzieć, że mieszają te przedziwne wątki (w swoich wielowątkowych, poklejonych kolażowo kompozycjach) dość erudycyjnie, wyciskając z symfonicznego grania to, co najbardziej sexy w XXI wieku, a doprawiając to wszystko folkiem i stylistyką lo-fi. Słynne przypisywane Breżniewowi określenie o tym, że „rock symfoniczny przypomina wyziewy z latryny”, nabiera w tym wypadku nowego wymiaru. Bo akurat te wyziewy są całkiem intrygujące, aczkolwiek namieszanych w nich mamy stanowczo za dużo różnych nut zapachowych. Takie zapachy bywają także odurzające: słuchamy z fascynacją, po czym nie jesteśmy w stanie zapamiętać niczego z tego, co słyszeliśmy. A w takiej głupiej sytuacji zostawia nas ta grupa z Brooklynu, proponująca muzykę, w której coś jest, aczkolwiek zarazem wszystko już było.




Yo La Tengo „I Am Not Afraid Of You And I Will Beat Your Ass” (Matador/Sonic) *****

Najlepsza płyta tego miesiąca, nie licząc Jensa Lekmana, który liczyć się w sumie nie powinien. Od początku do końca majstersztyk muzyki gitarowej dziwnego zespołu, który potrafi wzorem Sonic Youth zapuszczać się na pole meandrującej gitarowej improwizacji, a potem zaprezentować kilka zwartych tradycyjnych piosenek na miarę Beach Boysów albo Beatlesów, albo starych kapel rhythm’n’bluesowych. Zadziwiające jest to, jak różne i jak dobrze dobrane zjawiska przeglądają się w muzyce Yo La Tengo. Słucha się jej niemal jak składanki – zresztą z takim zjawiskiem mieliśmy w ich wypadku do czynienia i poprzednio. Ale to rodzaj składanki wyjątkowo dobrze ułożonej. Idealne proporcje tego, co miłe i ta cudna nonszalancja w urywaniu tematów, z których inni zbudowaliby trzy single, a rozciąganiu takich, których i Allman Brothers Band na koncercie baliby się pociągnąć. Wybitny album w dyskografii Amerykanów, zresztą za sam tytuł należy im się nagroda.

niedziela, 27 sierpnia 2006

Słowo się rzekło. Obiecywaliśmy przynajmniej krótkie recenzje premier kończącego się miesiąca. Oto pierwsza porcja sierpniowych premier, na razie tych przesłuchanych i opisanych przez drugą połowę HCH.
W kolejce już pierwsze premiery września – na przykład nowy album Bonniego ‘Prince’a’ Billy’ego “The Letting Go”. Do Polski trafi też wreszcie we wrześniu album “You’re So Silent Jens” Jensa Lekmana!
Na razie jednak sierpniowe podsumowanie, tyle że bez ścieżki dźwiękowej. Z góry przepraszam za monstrualną długość wpisu.


Bill Wells & Maher Shalal Hash Baz “Osaka Bridge”, Karaoke Kalk

Szkocki pianista znany z płyt dla Geographic i japoński kolektyw muzyków-amatorów, też związany z tą wytwórnią wydają wspólną płytę, ale już dla Karaoke Kalk. Proste tematy grane przez Japończyków pod wodzą Tori Kudo (a często śpiewane przez jego żonę Reiko Kudo) dostają tu niespodziewanie skrzydeł dzięki subtelnym aranżacjom doświadczonego jazzmana. Nawet zarzynanie dęciaków na pierwszym planie i rozbiegana rytmicznie sekcja nie są w stanie tego zepsuć do końca. Całość jest nierówna – i w sensie poziomu, i oczywiście samej gry, nierównej jak cholera, ale urokliwa, a nawet na swój sposób wzruszająca i bardzo ludzka w swojej niedoskonałości.




Broadcast “The Future Crayon”, Warp

O ile poprzednie albumy Broadcast były – poza innymi walorami – bardzo równe i spójne, o tyle ta (głównie dlatego, że jest zbiorem niepublikowanych nagrań i stron b singli) – wręcz przeciwnie. Najlepsze nagrania znamy już z dość szeroko dostępnych w Polsce EP-ek grupy, do tego dostajemy piosenki ze składanek i rzadki utwór singlowy. Płyta zdecydowanie dla najzagorzalszych fanów. W zasadzie ładna, ale jednak dla mnie trochę wieje tu nudą. Wolałbym już proste “best of” ułożone według jakiegoś brzmieniowego klucza.




Lambchop “Damaged”, City Slang

Największy pewniak wśród premier sierpniowych. Bardzo osobista płyta Kurta Wagnera, pełna nawiązań do jego niedawnej choroby (przez moment zzdiagnozowano u niego raka). Jeszcze bardziej intymna, jeśli to w ogóle możliwe. W każdym razie najbardziej intymna od lat. Ostatnio spędzałem dużo czasu na forum dyskusyjnym dla audiofilów, śledząc rozmowę o tym, po co słuchać muzyki. Są tam z grubsza dwa obozy – jedni potrzebują świeżych wrażeń słuchowych i żywego dźwięku, drudzy – relaksu po pracy i ciepłego brzmienia. To jest – mimo całej emocjonalnej historii – album, który pogodziłby jednych i drugich. Pełen elegancji, powściągliwości, kultury, ale i ciepła, a zarazem wspaniale nagrany, chyba najlepiej z dotychczasowych płyt Lambchop. Bez łatwych przebojów, ale za to porażający siłą detali. Niewiele zostało z etykietki alt-country. Teraz – z nieodłącznymi smyczkami, klasycznymi aranżacjami i śladami soulu – to już wyjątkowy styl Wagnera z Nashville.



Sufjan Stevens “The Avalanche – Outtakes And Extras From The Illinois Album!”, Asthmatic Kitty

W zasadzie “Illinois” – jak inne płyty Sufjana Stevensa – to płyta tak przebogata, że nie sposób w ciągu kilku dni czy tygodni wydać ostateczny, jednoznaczny werdykt. Podobnie z wydanymi teraz dodatkami – odrzutami z sesji, innymi wersjami tamtych piosenek. To – bagatelka – 75 minut gęstych od pomysłów kompozycji Stevensa. Idzie więc na półkę do częstego wracania, a werdykt pewnie gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia. 8-)  Ale zupełnie poważnie – dla samych trzech bardzo innych wersji “Chicago” warto mieć. Produktywność tego człowieka jest po prostu przerażająca.




Maria Taylor “11:11”, Saddle Creek

Najlepsza rzecz wśród mocno średnich ostatnich produkcji wytwórni Conora Obersta. Dość popowy album, kojarzący mi się jednak sympatycznie z “czarną” płytą Bright Eyes z zeszłego roku (“Digital Ash In A Digital Urn”) dzięki zgrabnemu sklejeniu syntetycznych rytmów i piosenkowych konstrukcji. Parę utworów z potencjałem alternatywnych hitów – szczególnie “Song Beneath The Song”. Poza tym niespieszny klimat, melancholia i jakieś miłe echa wykonawczyń z 4AD w tle. Tych bardziej rockowych, nie Lisy Gerrard bynajmniej...




Vetiver “To Find Me Gone”, DiCristina

Opóźniony opis, bo płyta z maja, ale cały czas chyba niedostępna w polskiej dystrybucji. Trzeba ściągać z zagranicy. Albo z internetu – jak w tym miejscu zaproponowaliby niektórzy. Vetiver to zespół Andy Cabica, z którym luźno związany jest Devendra Banhart. “To Find Me Gone” to trzecia płyta – bardzo udana, choć dyskusyjna pozostaje kwestia, czy lepsza niż poprzednie. Rzecz od freak-folkowych propozycji Banharta czy Joanny Newsom różni się dość wyraźnie bardziej złożonym akompaniamentem (wiolonczela, skrzypce, bogaty zestaw instrumentów perkusyjnych), transowym podejściem (są wycieczki w stronę wczesnych Floydów), choć gdy jako wokalista pojawia się Banhart, i tak wszystko zmierza w możliwym do przewidzenia dziwaczno-folkowym kierunku.




Charalambides “A Vintage Burden”, Kranky

Duet małżeński państwa Carterów z Houston, o którym szeroko rozpisują się w ostatnim wydaniu “The Wire”. Nienatrętna w formule psychodelia rockowa na pograniczu folku. Trzeba powiedzieć, że Charalambides uprościli znacznie formułę w porównaniu z poprzednimi płytami, chociaż zachowali brzękliwo-garażowy klimat długich kompozycji wygrywanych “od niechcenia”. Marzycielskie, trochę natchnione nagrania dla pasjonatów – bo to zdecydowanie nie jest płyta dla każdego. Na pewno nie dla tych, którym przeszkadzają leciutko fałszujące, surowe śpiewy. Skądinąd to charakterystyczne dla całej neofolkowej sceny amerykańskiej, a taka surowość pozwala zachować charakter i przekaz.




Comets On Fire “Avatar”, Sub Pop

Zdecydowany killer wśród sierpniowych premier. Ognisty album rockowy, brzmiący mięsiście i ciepło, wzorem lat 70., idący tropem psychodelii, hard rocka, a nawet – o rety (tu jeszcze jeden rzut oka na wydawcę płyty dla upewnienia się – tak, Sub Pop) – progresywnego grania. Kłaniają się Blue Cheer, Iron Butterfly, Indian Summer, chwilami Hawkwind i King Crimson. A gdyby byli Polakami, zakładałbym się jeszcze o każdą sumę, że na półce mają najlepsze płyty Breakout. Epickie kompozycje, ładne bluesowe partie gitar. Niby prostacki pomysł w dzisiejszych czasach, ale wykonanie pozwalające przez moment sądzić, że wynaleziono wehikuł czasu. Wartością dodaną są eteryczne wokale i Całość wciąga do tego stopnia, że noszę się z zamiarem zakupu wszystkich płyt. Biorąc pod uwagę fakt, że na płycie zagrał Ben Chasny z Six Organs Of Admittance, to szykuje nam się jakiś cichy bohater roku.




Peeping Tom “Peeping Tom”, Ipecac

Z przerażeniem stwierdzam, że tak równego pod względem wychodzących płyt miesiąca jak sierpień jeszcze w tym roku nie było. W sumie z trudem szukam jakiegoś ewidentnego knota, więc jeśli już miałbym wskazać duże rozczarowanie ostatnich miesięcy (nie dość mocno chyba zaznaczone to było w audycji), to z pewnością premiera nowego projektu Mike’a Pattona sprzed trzech miesięcy. To stanowczo jedna z najbardziej przereklamowanych (przynajmniej w polskiej prasie) płyt, jakie usłyszałem w tym roku. Absurdalne jest to, że liczba dużych gości z nazwiskami(Rahzel, Dan The Automator, Kool Keith, Norah Jones, Bebel Gilberto, Massive Attack, Amon Tobin, pół ekipy Anticonu) kompletnie nie przekłada się tu na żaden pomysł, żadną nową jakość. Niestety, w wypadku solowych przedsięwzięć Pattona, gdy nie ma tej “świeżej jakości”, to już na pewno trudno szukać prostej przyjemności ze słuchania. Co w wypadku płyty sprzedawanej jako “powrót Pattona do rozrywki” trochę głupie, nieprawdaż?




Beirut “Gulag Orkestar”, Ba Da Bing!

Też opóźniona płyta z maja, ale ciekawa. Przyniósł mi ją na swoim ipodzie znajomy fotograf, a ponieważ rzecz robi duże wrażenie przy pierwszym przesłuchaniu – natychmiast zamówiłem. To piosenki amerykańskiego nastolatka Zacha Condona (jeszcze nie dobił do dwudziestki), który pojeździł po świecie i spróbował przefiltrować wpływy muzyki bałkańskiej, cygańskiej, przez swą alternatywno-rockową, college’ową wrażliwość. Poszukiwał w ten sposób swoich rodzinnych korzeni we wschodniej Europie. Słowem: kolejne cudowne dziecko obok Conora Obersta. Tyle że tu bardzo dużo robi świeża, niespodziewana konwencja. Gęsta rytmika, porywające momentami melodie orkiestry dętej. Wokalnie Condon – co również zaciekawia w pierwszym odruchu – naśladuje nieco manierę Thoma Yorke’a. Nie kupiłbym tej płyty, gdybym jej posłuchał w spokoju 2-3 razy, bo po pierwszym zachłyśnięciu się formułą przychodzi znużenie. Ale warto posłuchać. Zabawne, że chociaż rzecz w Ameryce wydaje się bardzo modna, to gdy ją przełożymy na polskie realia, wyjdzie na to, że jak znajomi przyjdą na kolację i to usłyszą, na pewno zapytają, czy aby to nie kolejna płyta Bregovicia. 8-)